Czym tak naprawdę jest miasto? Siecią ulic biegnących z punktu A do punktu B, których nie sposób zapamiętać, a które w znaczący sposób odciskają się na naszym życiu? Od trzeciego dnia życia mieszkałem przy ulicy Modrzejewskiej. To było moje podwórko, moja dzielnica. Tymczasem, 90% jej mieszkańców nie ma pojęcia, kto to była ta Modrzejweska. Ba. Więcej. Ulica, z „Modrzejewskiej”, zmienia się w „Modrzejewską”, bo ludzie pozbawieni elemetarnej wiedzy z języka polskiego kaleczą go razem z pamięcią o aktorce… Są też tacy, którym symbolika przesłania cały świat. Oni walczą z ignorantami, którzy ich totalnie olewają. W końcu, poddają się nieuniknionemu i izolują od wszystkich… Taki właśnie fanatyk, mieszkał o trzy domy obok mnie. Z tego co pamiętam nigdy nigdzie nie wychodził, krążyły o nim legeny, a my, dzieciaki, uwielbialiśmy stukać do jego drzwi, po czym spieprzać tak szybko, jak się dało…
Czy to nie ironiczne? Człowiek po to mieszka w mieście, żeby być wśród ludzi. A tymczasem zarówno on, jak i ludzie dookoła niego, nie są w stanie razem funkcjonować. W rezultacie, z tego, co miało być społecznością, tworzy się pustelnia. Czy mało było przypadków, kiedy jakiś samotnik umierał w swoim domu i znajdowano go dopiero po pół roku, bo nikt nie mógł już znieść smrodu, który wydzialało rozpadające się ciało?

A może miasto to dzielnice? Warszów, Posejdon, Zachodnie, Złodziejowo. Czy może bardziej uniwersalnie: Mokotów, Ursynów, Praga, Wola; Brooklyn, Manhattan, Bronx, Harlem, Queens? Z mieszkańca małej, lub większej ulicy stajesz się częścią czegoś większego. Ludzi, których spotykamy, a o których nic nie wiemy, rozpoznajemy po twarzach, albo po tym, że ‚stałem za tym kolesiem po ziemniaki ostatnio’… Mówię to bez jakiejś hipokryzji, bo przecież wiem, że sam tak robię, ale ludzie naprawdę budują dookoła siebie mur, za którym chowają się, mówiąc ‚a co mnie to obchodzi?’. Izolacja. Dziwne.

Każdy ma jakieś swoje kryterium oceny miast. Począwszy od wyglądu, przez ludzi, których tam spotkaliśmy, po własne przeżycia… Często jest to uzależnione od chwili. Warszawa, na przykład, widzana przeze mnie w końcówce stycznia, pełna brudnego, rozjeżdżonego błota na ulicach, wywarła wrażenie, którego już cofnąć się nie da. To miasto jest brzydkie. I choćby nie wiem jak często i gęsto oglądałbym jego uroki, których ma przecież wiele, ciężko będzie zmienić moje zdanie. Wrocławia nie lubię, bo jedyna jak do tej pory penetracja jego ulic miejskimi środkami komunikacji, zakończyła się mandatem za zły bilet. I choć nie ja płaciłem, wrażenie pozostało…
Ale złe wspomnienia, wcale nie muszą być determinujące. Moja pierwsza, prawdziwa wizyta w Poznaniu, nie miała prawa mi się podobać. Walące się w gruzach coś, na czym mi zależało i oddalający się ode mnie ktoś, dla którego gotów byłem zrobić wszystko, do końca życia pewnie będą kojarzyć mi się ze stolicą Wielkopolski. A mimo to… Zawsze chętnie tam wrócę.

Dla mieszkańców małych miejscowości duże miasta to miejsca, gdzie „są szanse”. Ci którzy tam mieszkają codziennie przechodzą obok grup typków w kapturach, stanowiących swoisty spadek Polski po komunie, w obawie żeby nie oberwać. Choć, może to jest pogląd mieszkańca małej pipidówy, bojącego się tego, co go czeka w niedalekiej przyszłości…
W każdym razie „chłopaki” w kapturach, nie są widoczkiem, który nadawałby się na pocztówki z takiego Poznania…

Miasta są świadkiem rodzących się miłości, przyjaźni, wrogości. Ludzie mijają się codziennie na ulicach, jeżdzą autobusami, chodzą do kina, nie wiedząc, czy przypadkiem osoba, obok której siedzą, nie okaże się kimś, z kim będą chcieli spędzić resztę swojego życia… Jak ta scena w „Masz wiadomość”, kiedy Tom Hanks i Meg Ryan, nieświadomi swojego istnienia spotykają się na ulicach Nowego Jorku, swoistej „wyspy szczęśliwej” amerykańskiego kina – efekt akcji przeprowadzonej przez nowojorskie władze: w zamian za finansowanie produkcji, miasto miało być pokazywane jako oaza szczęścia, czysta arkadia. Takie ośmiomilionowe Soplicowo, gdzie wszyscy są szczęśliwi, nie ma przestępczości, w metrze można spotkać motyla, a na rozlicznych jarmarkach kupić wszystko, czego tylko dusza może zapragnąć…

„Smak Życia” pokazuje z kolei, to, co niejednokrotnie sam, na własnym przykładzie zaobserwowałem. Każde miasto, w którym zjawimy się po raz pierwszy, jawi się jako dziewicza kraina. Wszystko jest obce, nowe. Ulica, którą się idzie, wydaje się ogromna, po czym, kiedy przejdzie się nią z tysiąc razy, dopisuje się jej nazwę do setek innych, niczym nieróżniących się od niej ulic…

I choć możnaby mówić wiele,
Czy to w domu czy w kościele,
Wszyscy, niczym rodzynki w cieście,
Siedzimy po uszy w naszym mieście.

Więc czym jest miasto? Ulicami? Ludźmi? Zadbanym centrum i syfiastymi blokowiskami? Oazą szczęścia? Doliną ropusty i rozpaczy? Pustelnią?
Na pewno wszystkim po trochu. Chodzi o to, żeby znaleźć magiczny złoty środek i nie dać się zwariować…

‚I am the passenger
And I ride and I ride
I ride through the city’s backside
I see the stars come out of the sky
Yeah, they’re bright in a hollow sky
You know it looks so good tonight
I am the passenger
I stay under glass
I look through my window so bright
I see the stars come out tonight
I see the bright and hollow sky
Over the city’s a rip in the sky
And everything looks good tonight
Singin’ la la la la la-la-la la
La la la la la-la-la la
La la la la la-la-la la la-la’